Notes cz.13 – Tak sobie klęczę :)

Eska Music Awards 2008
Podaj dalej

Znowu klęczę. Tym razem przed hotelem Qubus w moim rodzinnym mieście. Jak pięknie klęczę. Ha! Tym razem mam ochotę na to. I to jaką! W moim kierunku idzie James Dean Bradfield. Idzie? Mam wrażenie, że sunie delikatnie na jakimś zabłąkanym obłoku.

Lekko zaspany, ale stara się uśmiechnąć. Wysiadł z vana, którym podjeżdża cały zespól. Wprawdzie najpierw na zewnątrz pojawił się, ubrany w czapkę uchatkę i kożuch ich techniczny. Z wrażenia, a może ze względu na wzrost mylę go z Seanem Moorem. Jak to zdjęcia mogą wprowadzić człowieka w błąd. Cholera dobrze, że nie pocałowałem go w rękę, a było blisko.

Klęczę sobie. Wysiadająca z drugiej strony ekipa Manic Street Preachers przygląda mi się, z pewnym zdziwieniem. Bezdomny? Wariat? Wydaję mi się, że słyszę ich ukradkiem rzucane słowa.

Jest! Idzie w moim kierunku. Wypluwam kilka wyuczonych zbitek, przypominających angielski. Czy znowu zachowuję się lekko psychotycznie? Podajemy sobie ręce. Podchodzi Nicky, z wdziękiem, lekko niedbale, z lekkim dystansem do otaczającego świata. Jakbym witał się z Wendrem. Mam wrażenie, że bije od niego światłość. Spokojnie, to słońce zmieniło swoje miejsce na niebie i postanowiło zajrzeć na dziedziniec hotelu.

Zielak podchodzi do mnie. Delikatnie zbiera z chodnika.

– Bisior, kur…! Nie zachowuj się jak nastoletnia fanka – śmieje się.
– No jak mam się tak nie zachowywać, jak kur… właśnie zobaczyłem … no sam wiesz kogo…
– Ja to wiem – odpowiada spokojnie – Oni też wiedzą kim jesteś i jak bardzo masz fioła na ich punkcie. Tylko nie przegnij bo się zaczną ukrywać. – mruga do mnie z uśmiechem.

Po chwili namysłu próbuję sobie wyobrazić, jak to może rzeczywiście wyglądać dla kogoś z boku. OK. Ok. Lekko rozbawiony samym sobą, wracam na ziemię. Jak to dobrze czasem posłuchać kogoś z dystansem do chwili, ale tylko czasem :).

Moi prywatni bohaterowie udają się do swoich pokoi. Oczywiście asystuję przy rozdawaniu kluczy. Sam osobiście sprawdziłem każdy detal, żeby mieć pewność.

W tamtych czasach baza noclegowa w moim kochanym mieście … no… nie wyglądała imponująco. Zawsze przed każdą imprezą, którą organizowaliśmy, osobiście sprawdzałem wszystkie hotele. Długie wycieczki po wiekowych budynkach pozwalały rozeznać się w dobrodziejstwie inwentarza. Robiłem grafik pokoi i rozkładałem naszych gości. Wiedziałem, kto da radę przetrwać dwie noce w trzy gwiazdkowym schronisku, a komu trzeba znaleźć lepsze miejsce. Czasem przytrafiały się piękne historie.

– W tym pokoju zatrzymywał się wybitny, przedwojenny, polski tenor – opowiada, prezentując z dumą apartament, manager hotelu.
– Zdecydowanie nic się nie zmieniło – mruczę pod nosem, a zasuszone pająki potakują na swych sieciach, skrytych w zapomnianych przez mopa zakamarkach .
– Dokładnie – z uśmiechem pręży się przewodnik. – Dbamy o detale. To może teraz zobaczmy apartament znanej polskiej aktorki …
– O wspaniale – z wyraźną ulgą uśmiecham się – To było już po wojnie …

Komu dwójkę? Komu jedynkę? Która ekipa da radę w pokoju czteroosobowym. Wieczna improwizacja w imię lepszych rzeczy.

Pojawienie się wreszcie nowego hotelu na mapie miasta było jak oddech wielkiej ulgi, w ciągłym biegu za umierającą hotelową materią Ziemi Obiecanej. Coś się zmieniło. Wreszcie na lepsze. Niewiarygodne, a jednak.

O! Kolejni artyści pojawiają się w hotelu. Czynie honory domu, spoglądając w bok czy czasem ONI nie zjechali na chwilę do baru. No nie zjechali. Rozdajemy klucze. Misiek skrupulatnie dzieli identyfikatory i opaski.

Telefon. Już czas.

Jadę do Hali Sportowej. Próby, próby. Konrad, mój lubiony reżyser, którego filmy widziałem wszystkie i te polskie, i te amerykańskie :). Już mnie tak nie ćwiczy na scenie, jak przed laty. W końcu zebrałem jakieś doświadczenie. Jedna w pewnych sprawach nic się nie zmieniło. Nadal szukamy najlepszego miejsca, dla pyzatego prowadzącego, najlepszego ujęcia i światła, ale już nie daję się tak łatwo zrobić w konia. Oczywiście tak łatwo. Kolejne miejsce, kolejna scena i kolejna zapowiedź.

– Teraz ty! – słyszę w słuchawce głos Konrada. – Wychodzisz! Dajesz!

Wyrzucam z siebie, jak zwykle nie do końca przemyślany potok słów…

– Dobra do brzegu – rzuca lekko zniecierpliwiony reżyser do ucha.

Karnie, jak uczeń trzeciej klasy na akademii, ku czci tego i owego, podchodzę do brzegu sceny…

– Stop! Stop! – Jego głos słychać już w całej hali, zupełnie nie wiedzieć czemu. – Co ty kur… robisz?! Wyszedłeś z kadru, ze światła! Kur…!
– No … mówiłeś … do brzegu – lekko zbity z tropu odpowiadam. – Myślałem, że chcesz zmienić ustawienie …
– Srenie, a nie ustawienie. Eeee tam … – tu reżyser pokazuje wybitną znajomość języka starożytnych poetów. – Jeszcze raz.
– Co jest nie tak? – pytam zdziwiony kogoś za kulisami.

– Noooo – pytany nie może przerwać ogólnej wesołości, która udziela się starym wygom telewizyjnym, stojącym obok. – Do brzegu oznacza, że masz przestać pieprzyć i kończyć zapowiedź. Jakby chciał żebyś ruszył dupę, to by ci powiedział do przodu.
– Aha … – mamroczę w myślach – Do brzegu, do przodu…

Ciężka jest ta praca w telewizji na żywo…

Wracam do hotelu. Macham do kumpli, którzy jeszcze chwilę zostają. Adaś jeszcze podkręca światła. Szabla śrubuje wizuale. Michał kończy montaż scenografii. Korol biega jak szalony. Pietras wygląda jakby miał godzinę temu zawał, ale teraz wraca do normy. Brzoza majestatycznie przechylony, objeżdża teren segwayu. Mariusz, spokojnie odbiera meldunki, niczym kapiatn na wzgórzu, otoczony bitewnym zgiełkiem, stara się ogarnąć wszystko. Czasem tylko zaklnie z wdziękiem, ale tylko czasem … nawet bardzo … ale z wdziękiem.

W hotelu wita mnie Misiek.

– Dobrze, że jesteś
– Co tam?
– Ty wiesz że ten palant chce wpuścić na backstage dwadzieścia swoich koleżanek…
– O tylko dwadzieścia? Oceniałem go na więcej
– Ty weź Bisior coś z tym zrób!
– Spokojnie. – mówię spokojnie. – Najwyżej nie wystąpi. Zresztą i tak Koniu mówi, że przewalimy czas. Jeden wykon mniej ratuje nam sytuację. – Patrzę na Miśka miną numer siedem.

Lekko rechoczemy. Jest lepiej. Jak dobrze, że czasem można zredukować stres śmiechem.

– To po papierosku dla rozładowania
– No chyba tak ….

Wpadam do swojego pokoju. Dżizas kwiecień, a ciepło jak w lipcu. Cały jestem spocony. Szybko się przebieram, jakiś prysznic. Ręce latają zupełnie niespokojnie. Nie mogę usiąść.

– Wszystko będzie dobrze – mówi Monika.
– Wiem – odpowiadam nerwowym uśmiechem. Sam chciałbym mieć to pełne przekonanie.

Przebieram się i zjeżdżamy na dół. Before Party czas zacząć.

Czy oni przyjdą? Zielak mówi, że na pewno. Uf! To już jakaś pociecha.

Ej! Są!

Spokojnie! Nie zachowuj się jak nastoletnia fanka. Słowa z poranka brzmią mi w głowie. Biorę to na zimno.

To …uśmiecham się tu. To podchodzę tu. Witam się ze wszystkimi, ale głowę jakby mi odkręcało w ich kierunku, ale spokooojnie. Biorę drink z tacy. Tu się ukłonię, tu znowu coś odpowiem, uśmiechnę się, skinę głową.

– Ha ha, naprawdę no nie do wiary ….
– Mam tak samo …
– Oj też się cieszę …
– Ty też … no proszę …
– Aaa dziękuję ….

Pętla się zacieśnia. Jak myśliwy. Bezszelestnie zbliżam się do zdobyczy. Jestem co raz bliżej, ale tak delikatnie, jakbym szedł po gazety do kiosku w majowy poranek. Jeszcze jedno kółeczko po sali. O! Tak sobie od niechcenia wpadnę…

– Cześć to ja…
– A to ty – uśmiecha się James.
– No to ja …

I co? I nic! Wszystkie wyuczone teksty diabli wzięli. Stoję, jak trzynastolatka i mam wrażenie, że sobie tylko tak postoję … i wystarczy. Kiedy słyszę, zwyczajne „jak się masz?”, mam wrażenie, że krew wraca do głowy.

Zaczynamy gadać, tak po prostu … ja i ON.

Wspaniała impreza, widziałem miejsce koncertu, robi wrażenie. Lekko dudni w moje głowie, ale coś dukam. To piękne stare miasto. Chyba nie takie stare. Krótka historia w pigułce. Ziemia obiecana, zabory, wojna.

– After the second world war – zapowietrzam się lekko.

Tego tekstu Misiek, nie zapomni mi już nigdy :), ale jak wytłumaczyć komuś, kto wpadł na chwilę, że w sumie jesteśmy zajebistym narodem, któremu ktoś wyrwał 50 lat. Jak wytłumaczyć, że staramy się udowodnić, że bieda nie urąga uczuciom, marzeniom, że jesteśmy silniejsi, chyba nawet dzięki temu. Potrafimy nasze pragnienia zrealizować, wbrew wszelki trudnościom. Może to jeszcze nie Londyn, albo New York, ale za parę lat…

… aaaa Łódź to taki Manchester – kończę wywód.

Jakoś żadne walijskie miasto nie przychodzi mi do głowy. Misiek delikatnie zezuje, jakiś grymas pojawia się na jego twarzy, czyżby coś było nie tak? James mówi, że rozumie wszystko. Nadmiar kurtuazji, mojego angielskiego sam nie rozumiem, ale skoro on czuję się doskonale, to atakuję, ośmielony, ze wzgórza emocji. Rozmawiamy o muzyce, ulubionych kapelach. Twarz Miśka lekko się rozpogadza.

– Na Kubę to jednak bym nie pojechał.

Misiek chyba upadnie, ale osuwa się muszę przyznać z gracją.

– A gdyby kilka lat temu przyjechało do was … kto byłby takim wielkim zespołem… ? – pyta spokojnie James.
– U2? – strzelam, nic innego nie przychodzi mi do głowy, chyba lekutko przegiąłem.
– Dokładnie! Dobry przykład. – odpowiada James – To miałbyś do nich wtedy pretensję? Czy spotkanie z waszym dyktatorem byłoby dla ciebie problemem, czy cieszyłbyś się z koncertu?

I patrzy się na mnie, wyraźnie rozbawiony. Misiek się podnosi, z tym samym wdziękiem, z którym upadał.

– No … w sumie tak …

Co tu odpowiedzieć, ma rację. Gdyby Bono i ekipa pojawili się na zjeździe PZPR, a potem odpalili show na stadionie dziesięcioletnim, to i tak byśmy ich kochali. Bardzo kochali i rozwalili z tej miłości stadion.

Wprawdzie mógłbym jeszcze kontynuować temat, ale patrząc na Miśka nie mam pewności czy powinienem. Lekko tylko wyrzucam z siebie.

– … No tak, ale do nas nikt nie przyjechał…
– Wy mieliście papieża …

Oj! Argument leci. Jak żyć, jak dalej dyskutować. Lekko staramy się wrócić do błahostek. Uśmiechy. Uściski. Foty. W końcu impreza obok nas kwitnie w najlepsze.

– Bisior mógłbym cię na chwilę prosić – słychać głos Miśka.
– Tak oczywiście. – wracam do pionu. – Muszę iść. Obowiązki czekają.
– O tak. To do jutra. – odpowiada James.

Wymieniamy znowu uściski. Widzimy się jutro. Oczywiście. To będzie rewelacyjne show. Jakby inaczej. James znika w windzie machając na pożegnanie.

– Chyba cie …
– Nie, nie kończ, masz rację …
– Ty go chciałeś rozkochać czy spłoszyć
– Chyba poczułem się za dobrze. – odpowiadam – Chyba chwilę chciałem po prostu pobyć…

Impreza wygasa nad ranem. Wszyscy udają się do swoich pokoi. Jedni sami, innych niosą …

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowy
Gość
Anonimowy

Ale Manic Street Preachers grali wtedy live?

darek olaf
Gość

Ha Bisku ja niewiedziałem że mieszkam obok Menchesteru 😀 .Tekst z Menchesterem przepiękny pozwilisz że go zaadoptuje(pyszny):-D
ps.czekam na dalsze "wspominki"z pamietnika ,fajnie się czyta i nowych ciekawostek się można dowiedzieć( bomba) i tu posłowie bomba agęcja CIA dostaje Twojego bloga do czytania:-) czytelnictwo wzrasta-:).Pozdrawiam z Pabianic obok Menchesteru (bomba)

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Bardzo miło mi się czytało…..poproszę o jeszcze…..

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Marcin, napiszę krótko, dzięki Tobie poznałem ich muzykę, zaraziłeś mnie "this is my truth tell me yours" i od tamtych czasów mi zostało… – czasów kiedy manics rozbrzmiewali z Manhattanu 😉 Aaaa i nigdy nie zapomnę jak zaraz po tym kwietniu pojawili się w czerwcu na Malcie – zaj…ty koncert.

Umberto Bunia
Gość

Czasem można się pogubić, ale puenta i tak zawsze rzuca na kolana : )
Fajnie, że pomimo przeprowadzki do Warszawy, piszesz z sentymentem o Łodzi.
Miło się czyta <3

Bisior
Gość

Nie ważne gdzie mieszkasz, ważne co czujesz i kim jesteś :), a Łódź mnie ukształtowala, w naszym mieście zawsze jest pod górę, ale zawsze z nadzieją!